Rozwiodłam się. Żałuję

KATARZYNA MIZERA

I żyli długo i szczęśliwie… po rozwodzie – tak mogłyby kończyć się bajki w obecnej postromantycznej rzeczywistości. Jeśli się nie dogadujemy, a uczucie wyparowało, po co marnować czas na coś, co nie spełnia naszych oczekiwań. Co, jeśli jednak po latach uznamy, że związek wymagał fundamentalnej naprawy, ale nie trzeba było się rozstawać? Konfrontujemy prawdziwe historie z terapeutką. 

Mam tylko jedną znajomą, która wychodząc za mąż, pół żartem pół serio mówiła, że może to nie jedyna biała suknia, którą w życiu założy. Niemal wszystkie, jak jeden, nomen omen, mąż, były przekonane, że na ślubnym kobiercu stają pierwszy i ostatni raz.

A przecież statystyki są bezwzględne. Według danych GUS w 2021 roku rozpadło się 360,5 na 1000 małżeństw. Dla porównania – w 2000 roku rozwodziło się 200,2 na 1000 par. Ten wskaźnik rośnie z roku na rok, biorąc pod uwagę dekady – gwałtownie. A to oznacza, że zmienia się definicja happy endu. W postromantycznej rzeczywistości może on oznaczać zarówno wspólne życie, jak i rozstanie. Nie trzeba przywiązywać się do myśli o jednym związku na całe życie. 

W jednym z wywiadów modelka Emily Ratajkowski powiedziała, że nie uważa rozwodu za smutną rzecz. – Za każdym razem, gdy słyszę o czyimś rozwodzie lub gdy widzę wiadomość o kolejnym rozstaniu, muszę sobie przypominać, że powinnam przyjąć postawę „Och, to smutne”. Dosłownie mówię ludziom: „Gratuluję” – opowiadała w podcaście Ratajkowski, która rozwód ma już za sobą. 

A jednak jestem ostrożna z trywializowaniem doświadczenia rozwodu, bo nic nie jest oczywiste. Czy raz nadszarpnięte zaufanie albo zawiedzione oczekiwania powinny być sygnałem, że to definitywny koniec? Gdzie leży granica między poszukiwaniem własnego szczęścia w świecie wielokrotnego wyboru a jednorazowością relacji? I, wreszcie, czy mamy prawo żałować rozwodu, którego chcieliśmy? 

Marta: Wstydzę się, że żałuję rozwodu

– Pamiętam wymowne zdjęcie wniebowziętej Nicole Kidman tuż po wyjściu z rozprawy rozwodowej z Tomem Cruisem. To byłam ja. Z papierami rozwodowymi w ręku czułam się królową życia – Marta myślała, że ich uczucie po prostu się wypaliło i już nic już z tego związku nie wyciśnie. – Denerwował mnie każdy jego gest, każde słowo, nawet to, w jaki sposób je. Był powolny, naiwny, mało ambitny. Tkwił w tej samej słabo płatnej pracy od lat, nie dążył do żadnych zmian, nie szukał nowych bodźców, a byłam już w zupełnie innym miejscu. Potrzebowałam czegoś innego.

Rozwód przebiegł pokojowo. Nadal widywali się, mogła liczyć na jego pomoc, gdy zachorował jej ojciec. Po jakimś zaczęła randkować. – Początkowa ekscytacja szybko zamieniła się we frustrację. Na swojej drodze spotykałam zakochanych w sobie narcyzów, karierowiczów i pozorantów. Bywało, że znikali bez słowa, po kilku – jak sądziłam – fajnych spotkaniach – opowiada Marta. – Moja przyjaciółka zwróciła mi wtedy uwagę, że coraz częściej porównuję ich do byłego męża. Jego wady – delikatność, dziecięca naiwność, to, że nigdy nie liczyły się dla niego pieniądze – z czasem zaczęły wydawać się zaletami. 

Dla niego rozstanie było jak kubeł zimnej wody. Zmienił pracę, zaczął podróżować. Gdy wrzucał więcej zdjęć na Instagram, sądziła, że chce jej zaimponować. – Powód jednak, cytując klasyka, „miał imię”. Zanim zrozumiałam, że za nim tęsknię, już z kimś się spotykał. 

Marta przyznaje, że dziś postąpiłaby inaczej. Spróbowałaby terapii dla par, postawiłaby ultimatum, wywołała trzęsienie ziemi. – Gdy moje koleżanki mówią, że cieszą się z rozwodu, ja wstydzę się przyznać, że żałuję tej decyzji. 

Terapeutka: To naturalne, że rozwodowi towarzyszy żałoba

Pytam terapeutkę, Karolinę Leę Jarmołowicz z Ośrodka Centrum, co zrobić z poczuciem żalu i wątpliwościami po rozwodzie.

Wiele osób zgłasza się w czasie rozwodu na terapię, by lepiej poradzić sobie z jego przebiegiem. Czasem dlatego, że nadal kochają partnera, często po prostu nie wiedzą, jak ma wyglądać ich życie po rozstaniu. Czują pustkę i pomimo że nie byli szczęśliwi w małżeństwie, to nie potrafią sobie z tą pustką poradzić. To naturalne, że takiej zmianie towarzyszy żałoba. Żegnamy to, co było (niezależnie czy dobre, czy złe), doświadczamy złości, potem smutku, ale też targujemy się ze sobą albo z partnerem, żeby może coś jednak wziąć z tego, co było. 

W procesie żałoby partnerzy czasem wracają do siebie i próbują odbudować straconą bliskość. Nie jest to łatwe i rzadko się udaje, bo zazwyczaj po wielu latach walki przynajmniej jedna ze stron czuje ulgę, że to koniec. Jeśli tęsknią za sobą obie strony i łączy je wiele dobrych wspomnień oraz są dla siebie życzliwe, to szansa jest, ale tylko do momentu, kiedy nie zbudują zupełnie oddzielnego życia. Wtedy zwykle jest już za późno. 

Praca nad stratą z osobą, która jeszcze chce, pomimo że druga już nie, to jak towarzyszenie w żałobie. To praca nad tym, żeby – niezależnie od tego, co minęło – mogła zbudować satysfakcjonujące życie, przepracować indywidualne trudności, które przyczyniły się do rozpadu małżeństwa. Jeśli to zrobi, wzrośnie szansa na stworzenie w przyszłości nowej relacji. Pewnie dlatego statystycznie kolejne małżeństwa są bardziej udane niż pierwsze, bo ludzie już wiedzą, co robili nie tak, i od początku pracują, by nie powtarzać błędów. 

Ewa: Druga szansa

Ewa odkryła, że jej mąż ma romans. To był dla niej ogromny cios, bo uchodzili za idealną parę, byli nierozłączni. Klisza – on dużo chorował, miesiące spędzał w szpitalu na dializach, zauroczyła go pielęgniarka. Ewa przegapiła moment, kiedy mąż stał się dla niej tylko pacjentem. Miała na głowie wspólną firmę, rodzinę. Gdy dowiedziała się o romansie, górę wzięły emocje. Zabrała dzieci i wyprowadziła się. On długo błagał o wybaczenie. Ona pomimo tego, co przeszła, nie przestała go kochać i nadal za nim tęskniła. Potrzebowała czasu, by wszystko przemyśleć. Wrócili do siebie, ale na nowych warunkach. 

Jej mąż zmarł. Ewa przyznaje, że nie żałuje, że nie złożyła pozwu rozwodowego, chociaż intensywnie o tym myślała. – Cieszę się, że mogliśmy razem spędzić ostatnie lata jego życia. To był naprawdę dobry czas. 

Terapeutka: O dobry związek trzeba dbać każdego dnia

Pytam terapeutkę, Karolinę Leę Jarmołowicz z Ośrodka Centrum, czy każdy związek zasługuje na drugą szansę.

Błędem jest myślenie, że szczęśliwy związek jest dany na zawsze. O dobry związek trzeba dbać każdego dnia i jest to ciężka praca. Potrzebne są wzajemna życzliwość i chęć do otwartej rozmowy. 

Testem dla związku jest to, jak rozwiązujemy problemy. Kluczowe nie jest to, w jaki sposób się kłócimy, ale to, jak rozmawiamy o ważnych sprawach. Jeżeli para lub jedna z osób w związku nie chce mierzyć się z problemami, to właściwie nie ma szans na udaną relację. Warto naprawiać auto, kiedy zaczyna się psuć, ale kiedy wszystko jest w nim zepsute, nadaje się tylko na złom. Podobnie jest z małżeństwem. 

Dlatego należy dbać o nie od początku. Wtedy, nawet gdy zdarzy się jakiś wypadek, łatwiej będzie naprawić. Relację przez lata zaniedbywaną trudno poskładać. 

Wierzę, że dopóki w związku nie ma pogardy i przemocy, a są życzliwość i miłość, to jest szansa na ratunek. A czy się uda? Odpowiem jak każdy psychoterapeuta: to zależy.

https://www.vogue.pl/a/historie-kobiet-ktore-zaluja-rozwodu